Kiedy pod koniec XX w. wprowadzano w szkołach zachodniej Europy powszechną edukację seksualną i otwierano kolejne punkty bezpłatnej antykoncepcji, obiecywano mniej niechcianych ciąż, a więc mniej aborcji. Dziś, patrząc na dane z Wielkiej Brytanii, trzeba stwierdzić, że jest akurat na odwrót. Co było do przewidzenia.
Najnowsze statystyki nie pozostawiają wątpliwości. Liczba aborcji w Wielkiej Brytanii wzrosła w ciągu roku o kolejnych kilkanaście procent, osiągając najwyższy poziom od wejścia w życie ustawy o aborcji w 1967 r. To nie jest chwilowe wahnięcie statystyczne, lecz trwały, wieloletni trend wznoszący. Najbardziej wstrząsający jest jednak inny wskaźnik: odsetek poczętych dzieci, które kończą życie w łonie matki. W 2023 r. wyniósł on 32,1 proc. – najwyższy w historii. Innymi słowy, na troje poczętych na Wyspach dzieci jedno zostaje zabite, zanim zdąży się urodzić.
Okazuje się, że brytyjskie kobiety, „nowocześnie” wyedukowane w sprawie tzw. bezpiecznego seksu, zachodzą w ciążę częściej, ale rodzą rzadziej, bo coraz większa część tych ciąż zostaje przerwana. To właśnie mechanizm, przed którym przestrzegali krytycy rewolucji seksualnej: uwolnienie aktywności seksualnej od jej naturalnych konsekwencji nie prowadzi do mniejszej liczby zabitych dzieci, lecz do większej. A przecież Wielka Brytania od dekad należy do krajów o najbardziej rozwiniętej infrastrukturze tzw. planowania rodziny, darmowej edukacji seksualnej od najmłodszych lat i powszechnym dostępie do środków antykoncepcyjnych.
To, co dzieje się w sprawie aborcji na Wyspach, przypomina „sowieckie wzorce”. Wszak w Związku Sowieckim, gdzie antykoncepcja hormonalna była trudno dostępna, a jednocześnie panowała powszechna swoboda seksualna bez odpowiedzialności, aborcja rzeczywiście stała się głównym, praktycznie jedynym środkiem regulacji urodzeń. Przeciętna kobieta miała kilka aborcji w życiu, a niektóre nawet kilkanaście. Dziś Wielka Brytania zdaje się zmierzać w tym właśnie kierunku. Lecz nie da się tego tłumaczyć brakiem antykoncepcji. Jest na odwrót – przyczyną zatrważającej liczby aborcji jest powszechna dostępność antykoncepcji i połączone z nią całkowite rozejście się seksualności z odpowiedzialnością za jej skutki. Aborcja przestaje być traktowana jako dramatyczny wyjątek, a staje się rutynową, „domową” procedurą korygującą, do której sięga się z łatwością poprzez zażycie tabletki „po”.
Problemem nie jest w tym przypadku brak wiedzy czy środków. Problemem jest kultura, a raczej antykultura, która nie chce dzieci, w której dziecko poczęte stało się przeszkodą do usunięcia, gdy nie pasuje do planów rodziców, a nie darem i wyzwaniem, które trzeba przyjąć. Dane z Wielkiej Brytanii to lekcja dla całej Europy, także dla Polski, gdzie te same argumenty, czyli więcej edukacji seksualnej, łatwiejszy dostęp do antykoncepcji jako „profilaktyka aborcji”, wracają regularnie w debacie publicznej. Doświadczenie brytyjskie pokazuje, że taka droga nie prowadzi do ograniczenia aborcji, lecz do jej normalizacji i umasowienia, do otępienia sumień.
Kościół powtarza, że jedyną skuteczną odpowiedzią na kryzys aborcyjny jest odbudowa kultury życia – uczenie młodych ludzi, że płodność nie jest chorobą wymagającą „leczenia”, a poczęte dziecko nie jest problemem do usunięcia, lecz osobą do przyjęcia. Europa, który czyni z aborcji „prawo człowieka”, nie ma przyszłości. Podkreślał to wielokrotnie Jan Paweł II, który w Kaliszu wołał: „Naród, który zabija własne dzieci, staje się narodem bez przyszłości”. Po czym dodał: „Wierzcie mi, że nie było mi łatwo tego powiedzieć z myślą o moim narodzie. Bo ja pragnę dla niego przyszłości, wspaniałej przyszłości”. No właśnie! Jakiej przyszłości chcemy dla Polski i Polaków?
Profesor teologii na Wydziale Teologicznym Papieskiego Uniwersytetu Gregorianum w Rzymie